Farbowanie indygo tkanin bawełnianych

Farbowanie naturalnymi barwnikami, uzyskanymi głównie z roślin, to temat, który mnie zajmuje od dawna. Od jakiegoś czasu miałyśmy z Karoliną ochotę na farbowanie indygo.

Indygo to trudny barwnik. Trudny z wielu względów. W Polsce praktycznie niedostępny, a i sama technologia farbowania jest nieco inna niż to zwykle bywa z barwnikami roślinnymi. Indygo to niebieski barwnik uzyskiwany z roślin, takich jak indygowiec lub urzet. Barwienie nim jest techniką znaną co najmniej od czasów starożytnych, vide – Piktowie budzący strach pomalowanymi na niebiesko twarzami (używali do tego celu urzetu). Właśnie urzet był używany powszechnie w Europie do uzyskiwania niebieskiego barwnika aż do czasów odkryć geograficznych. Wtedy jego stosowanie zostało wyparte przez sprowadzany, głównie z Indii, barwnik z indygowca. Był tańszy i wydajniejszy. W Polsce, jak to u nas, próbowano nawet zawracać Wisłę kijem i zabraniać używania sprowadzanego barwnika, chroniąc interesy “plantatorów” urzetu. Dziś trudno nawet znaleźć nasiona urzetu, a co dopiero plantacje tej rośliny.

Farbowanie indygo ma w sobie coś z magii. Płyn w kadzi ma kolor zielonkawy i taka jest tkanina po wyjęciu z kąpieli barwiącej. Po kilku chwilach, pod wpływem kontaktu z powietrzem, barwnik utlenia się i przyjmuje charakterystyczny niebieski kolor.


Swoje indygo przywiozłam z Wielkiej Brytanii. Raz już nim farbowałyśmy i bardzo chciałyśmy powtórzyć tę “zabawę”. Farbowanie indygo wymaga pilnowania kilku rzeczy, bo tu ważna jest temperatura, kwasowość/zasadowość i, oczywiście, proporcje składników. Kiedy już się opanuje samą technologię barwienia, można skupić się na efektach specjalnych, czyli takim motaniu, zawijaniu, spinaniu tkaniny, aby uzyskać ciekawe wzory. Techniki shibori, bo tak nazywają się takie motania/spinania, są niezwykle inspirujące. Karolina opanowała te techniki po mistrzowsku, ja idę zwykle na żywioł 😉

Grube płótno shibori

Zaniebieszczyło się u nas bardzo. Karolina ufarbowała sobie batyst na letnie ciuchy i bawełnę na spód wielkiej narzuty. Ja wrzucałam do gara wszystkie białe tkaniny, które mi pozostały po ostatnich eksperymentach. Między innymi znalazłam kawał grubego płótna, które od dwóch lat leżał i czekał zmiłowania. Może teraz uszyję z niego torby?

Bawełna na spód patchworku
Batyst

Wczoraj pociachałam moje indygowe szmaty na nowy projekt. Poszło mi szybko, bo mam już gotowy top. Myślę nad pikowaniem i jak zwykle zajmuje mi to dziwnie dużo czasu.

Mam nadzieję, że indygowe dywagacje Was nie znudziły i nie macie jeszcze dość niebieskiego, bo ufarbowałyśmy duuużo tkaniny, więc będziemy teraz z niej szyć. Obie 🙂

Pozdrawiam serdecznie
Ela

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *