Farbowanie roślinne rodzimymi gatunkami – ciąg dalszy

Po poprzednim farbowaniu zostały mi pojemniki napełnione przygotowanymi kąpielami barwierskimi z roślin. Nie były wyczerpane – to znaczy, że miały jeszcze spory potencjał do kolejnego farbowania. Niestety trochę zbyt długo z tym zwlekałam i w niektórych rozpoczął się proces fermentacji. Nie przestały nadawać się do użytku. Nadawały się, ale ten zapaszek!

Postanowiłam wykorzystać resztę marzanny (sfermentowała), rezedy (sfermentowała i zaczęła śmierdzieć), dębu i brzozy. Do rezedy i dębu dodałam tym razem żelaza, które przyciemnia i stępia kolory. Wszystko stało dwa tygodnie po przygotowaniu. Na dodatek stało na słońcu w zamkniętych pojemnikach. Taki eksperyment małego chemika mi wyszedł.

Sama kąpiel barwierska trwała godzinę. Dłużej z tą wspaniałością zapachów nie mogłam wytrzymać pomimo intensywnego wietrzenia. Tu uzyskane kolory zaraz po wyjęciu z garów:

Jutro będę je płukać. Na razie się suszą. Oczywiście są mokre, wiec kolory są podbite. Będą bledsze, mam nadzieję, że jednak dość intensywne. Od lewej : ten prawie czarny – liście dębu plus żelazo, drugi – marzanna, trzeci – liście brzozy, czwarty – rezeda z żelazem.

Chciałabym, żeby były intensywne i wpisały się w komplet, który zbieram, żeby uszyć patchwork tylko z naturalnie farbowanych tkanin.

Oprócz tych widocznych na zdjęciu mam sporo bawełny farbowanej indygo, ale chyba nie chcę jej tu użyć. Wydaje mi się, że niebieski indygowy mógłby zdominować ten zestaw.

Farbowanie latem jest znacznie łatwiejsze. Intensywne wietrzenie kuchni nie wywołuje zapalenia płuc u domowników 😉 Na razie jednak planuję małą przerwę urlopową. Wrócę za dwa tygodnie. Mam nadzieję – wypoczęta.

Pozdrawiam
Ela

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *